Ekologia a sprawiedliwość: o losach trudnego związku [PL/DE]

[ Deutsch ]

Michał Olszewski, Kraków

Artykuł okazał się najpierw po niemiecku w Jahrbuch Polen "Umwelt" (2015) Niemieckiego Instytutu Kultury Polskiej (Deutschen Polen-Institut).

Gordyjski węzeł sprawiedliwości, ekonomii oraz ochrony środowiska

Jesienią 2013 r. miałem okazję przypatrywać się corocznemu spotkaniu właścicieli Banku Światowego. Od kilku lat poprzedzane jest ono tygodniową sesją organizacji pozarządowych z całego świata. Tamto spotkanie miało jednak charakter nadzwyczajny. Bank Światowy ogłosił wówczas oficjalnie, że wprowadzi nowe zasady przyznawania wsparcia krajom rozwijającym się. Jedną z nich ma być miara zgodności danej inwestycji z polityką klimatyczną. Inaczej mówiąc: szanse, że wsparcie dostaną planowane elektrownie węglowe albo kopalnie jest minimalne. Bank Światowy oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie chcą dłużej wspierać brudnych technologii. Przeciętny Europejczyk, zatroskany o losy planety, świadom katastrofalnych skutków globalnego ocieplenia, przekonany, że jedynym rozwojem możliwym jest rozwój zrównoważony, może jedynie przyklasnąć takim rozwiązaniom. W Waszyngtonie okazało się jednak, że nie wszyscy mają ochotę klaskać. Co na to jednak kraje takie jak Indie, Indonezja czy Mozambik, które swojej przyszłości upatrują właśnie w węglu? Co na to kraje, które ekspresową ścieżką chcą elektryfikować odległe prowincje i pozyskiwać jak najtańszą energię? W Indiach na dostęp do elektryczności czeka 300 milionów obywateli, w Afryce subsaharyjskiej około 600 mln. Co na to rządy, które nie są zainteresowane wyliczaniem kosztów zewnętrznych i osieroconych, ponieważ skoncentrowane są jedynie na krótkoterminowych wyzwaniach? Jak w praktyce wygląda dyskusja o ekologii między bogatą Północą a próbującym osiągnąć choćby względny poziom zamożności Południem, pokazało spotkanie grupy organizacji pozarządowych z przedstawicielami kilku rządów afrykańskich. Organizacje pozarządowe w Waszyngtonie próbują wymóc na WB uznanie dużych projektów hydrotechnicznych za szkodliwe dla środowiska, ergo: pozbawienie ich pożyczek. To doprowadza urzędników krajów afrykańskich do furii. Panele, wiatraki? Za drogo, zbyt niepewne. Chcą energii już. Już. Teraz. Dziś. Chcą budować wielkie tamy i wydobywać surowce. Oskarżają nas, przedstawicieli bogatej Północy, że po raz kolejny decydujemy o sposobie, w jaki mają się rozwijać. Na delikatne uwagi, że północny model rozwoju okazał się niesłychanie kosztowny, reagują śmiechem: wy, tutaj, wygodnie rozłożeni w klimatyzowanych biurowcach, daleko od prawdziwej biedy i prawdziwych sytuacji granicznych, zbudowaliście swoje potęgi na węglu i ropie, ale innym chcecie tego zabronić. Takie wrażenie ma Afryka, a przynajmniej jej oficjele. Piszę o Waszyngtonie, ponieważ mimo upływu kolejnych miesięcy prześladują mnie te obrazy: monumentalny, łagodnie szary gmach Banku Światowego, Watykan finansowy, a w jego korytarzach, na kolejnych piętrach, tłumy z Południa, oczekujące na kolejne panele, debaty, propozycje. Przyjechali po sprawiedliwość i pieniądze, z Jemenu, Palestyny, Indii, Mozambiku. Mają pomóc urzędnikom w rozwikłaniu gordyjskiego węzła sprawiedliwości, ekonomii oraz ochrony środowiska. Napięcie między tymi sferami jest bardzo wyraźne i, co tu kryć, szokujące, bo przecież ekologia powinna być narzędziem służącym rozwiązywaniu problemów społecznych. Tymczasem z Waszyngtonu można wyjechać z wrażeniem, że zdarzają się niepokojąco liczne sytuacje, kiedy na styku tych przestrzeni zaczyna iskrzyć.

Modernizacja verse ekologia

Oczywiście, łatwo wykazać, że zarysowany powyżej konflikt ma charakter pozorny, a wygrana modelu szybkiego wzrostu jest w dłuższej perspektywie niezwykle kosztowna. Kłopot w tym, że dyskusja o budowie nowych kopalni węglowych czy zapór wodnych dotyka sedna ekologii: Afryka, Azja, Ameryka Południowa chcą wstąpić, przepraszam, wstąpiły na ścieżkę radykalnej modernizacji, która za nic ma koszty zewnętrzne czy efekty długofalowe. Południe, słusznie zresztą, nie czuje się w najmniejszym stopniu odpowiedzialne za skutki globalnego ocieplenia, przeciwnie, to ono przede wszystkim pada jego ofiarą. Południe chce rozmawiać przez telefony komórkowe, jeździć samochodami, mieszkać w domach jednorodzinnych, lać asfalt i wydobywać metale ziem rzadkich, rąbać na potęgę lasy deszczowe, migrować ze wsi do miast, jeść kurczaki zamiast ryżu, gromadzić kapitał szybko i bez zawracania sobie głowy dalekosiężnymi konsekwencjami. Inaczej mówiąc: Południe chce świadomie powtórzyć model rozwoju, na którym zbudowały swoją potęgę Europa i Stany Zjednoczone. Połajanki czy choćby pełne troski napomnienia przyjmowane są w Ugandzie czy Ghanie jak kolejna, bardziej zawoalowana wersja kolonializmu. Tym razem do Afryki nie płyną jednak statki króla Leopolda, a idee zrównoważonego rozwoju.

Opór Południa przed polityką ekologiczną w wydaniu europejskim

Nie byłem nigdy w Indiach ani Afryce, wydaje mi się jednak, że z kilku co najmniej powodów warto przypatrywać się procesom, jakie zachodzą w krajach dawniej opatrywanych pogardliwym mianem „trzeciego świata". Po pierwsze, jeśli słuszne jest założenie, że zmiany klimatyczne doprowadzą do gwałtownych społecznych reakcji na skalę globalną, to ich zarzewia trzeba wypatrywać właśnie na Południu. Nieunikniony, jak się zdaje, konflikt o wodę z Nilu, jaki nabrzmiewa pomiędzy Egiptem a Etiopią i mniejszymi krajami, położonymi w górnym biegu rzeki, oznacza, że łodzi z uchodźcami próbującymi dostać się do Europy będzie jeszcze więcej. Postępujące w szybkim tempie pustynnienie krajów takich jak podzielony Sudan spowoduje, że spory o ziemię, jakie już teraz toczą plemiona pasterskie i rolnicze, będą jeszcze bardziej krwawe. Czy na rozwiązanie tych problemów mamy pomysł inny niż karawany z mało skuteczną pomocą humanitarną?

Po drugie: dylemat, przed jakim stają kraje poszukujące tanich źródeł energii i surowców, ma w istocie wymiar konfliktu tragicznego i w mniejszym czy większym stopniu można użyć go do opisania sytuacji w każdym kraju poza enklawami w rodzaju Korei Północnej. Agresywna ścieżka rozwoju jest pułapką i przypomina taktykę spalonej ziemi, tyle że stosowaną na własnym terenie. Ale odpowiada ona na równie agresywnie rosnące potrzeby konsumpcyjne obywateli. Sprzężenie zwrotne, jakie zachodzi pomiędzy tymi dwoma tendencjami pokazuje, jak piekielnie trudne bywa znalezienie modus vivendi, pozwalającego na utrzymanie zamożności i skuteczną ochronę środowiska. Aspiracji konsumpcyjnych szybko rosnącej światowej klasy średniej już dziś eksploatowana ponad miarę planeta nie udźwignie, nie bardzo wiadomo jednak, w jaki sposób można byłoby ich zabronić bez uciekania się do „zamordyzmu" i drastycznych metod. Nakazać Chińczykom powrót do transportu rowerowego? Podnieść drastycznie ceny biletów samolotowych, zakazać jedzenia mięsa, budowania zbyt dużych mieszkań, kupna zbędnych gadżetów? Wolne żarty. Coś jednak zrobić trzeba.

Po trzecie, opór umownego Południa przed polityką ekologiczną w wydaniu europejskim ma solidne podstawy. Europa ma prawo nawoływać do redukcji dwutlenku węgla, bez której trudno wyobrazić sobie skuteczną walkę ze zmianami klimatycznymi. Południe ma jednak takie samo prawo, by pokazać tabelkę, z której jasno wynika, że w latach 1950-2007 Europa odpowiadała za 26 proc. emisji CO2,południowa Azja za 5 proc, zaś Ameryka Południowa za 3 proc. Ma również prawo oskarżać nas, Europejczyków, o głęboką, choć pewnie nie do końca uświadomioną hipokryzję: statystyczny Niemiec, mimo że świadomy zmian klimatycznych, odpowiada za kilkukrotnie wyższą emisje CO2 niż Hindus, produkuje masę odpadów (surowce!) i zajada się mięsem (emisja, zanieczyszczenie środowiska!).Uczciwe wydaje się więc pytanie, czy Europa nie próbuje przypadkiem nałożyć na inne kraje ciężarów, jakich sama unieść nie potrafi. Poza wspomnianą już Koreą Północną nie znam kraju, który skutecznie wyhamowałby nienasycone apetyty swoich obywateli, bo i dlaczego miałby. Subtelna różnica polega jedynie na tym, że istnieją kraje, w których do aspiracji materialnych zbyt otwarcie przyznawać się nie wypada (dziwnym trafem są to kraje o ugruntowanej zamożności) oraz te, w których mówi się o tym pełnym głosem. Żeby posmakować życia w tych drugich, trzeba polecieć na przykład do Ałmaty, gdzie stężenie Lexusów, Hummerów oraz innych cudów 4x4 przekracza wszelkie dopuszczalne normy.

Na znak protestu NGO opuszczają  szczyt klimatyczny w Warszawie w 2013 roku (Jahrbuch Polen 2015, s. 84)

Na znak protestu NGO opuszczają szczyt klimatyczny w Warszawie w 2013 roku (Jahrbuch Polen 2015, s. 84)

Polskie osiągnięcia w ochronie klimatu

Wróćmy do Europy. Żyję w kraju stosunkowo zamożnym, a mimo to głód dóbr materialnych jest tu ciągle bardzo wyraźny. Minione ćwierć wieku to okres stałego wzrostu dobrobytu. Wskaźniki usamochodowienia w dużych miastach polskich prześcignęły Berlin, ponad połowa Polaków mieszka w domach jednorodzinnych, co przy katastrofalnych błędach w gospodarce przestrzennej skutkuje rozwojem w jego najbardziej kosztownej, amerykańskiej, formie. Polacy chcą się najeść. Polacy chcą się nażyć, Polacy chcą, by karnawał konsumpcji, jaki nastał po siermiędze komunizmu, trwał jak najdłużej. Podobne marzenia mają Hindusi czy Brazylijczycy. Jeśli zapytać statystycznego Polaka, czy interesuje się szeroko rozumianą ekologią, z pełnym przekonaniem udzieli odpowiedzi twierdzącej. Chcemy, by lasy były zdrowe, by woda w jeziorach i rzekach miała przejrzysty kolor, a miast nie zatruwała w okresie zimowym niska emisja. Trzeba przyznać, że nad Wisłą, zarówno na skutek recesji jak i zamierzonych działań dokonał się od czasu upadku komunizmu niesłychany postęp w walce z zanieczyszczeniami środowiska. W 1989 r. Polska była krajem klęski ekologicznej. Według wyliczeń zgromadzonych przez prof. Macieja Nowickiego, jednej z najważniejszych postaci polskiej ekologii ostatnich dekad, w ciągu minionych 25 lat emisja dwutlenku siarki spadła o 80%, tlenków azotu niemal o 50%, a pyłów nawet o 90%. Kwaśne deszcze, rujnujące lasy, zdrowie i zabytki, należą do przeszłości. Energochłonność gospodarki spada, zalesienie kraju rośnie, stada zwierzyny płowej, ptaki i duże ssaki drapieżne uznawane są za oczywisty element pejzażu, mimo że jeszcze niedawno wcale tak nie było. Nowicki wspomina, że w momencie przełomu politycznego z 822 miast zaledwie 274 miały biologiczne oczyszczalnie ścieków, 172 dysponowały oczyszczalniami mechanicznymi, a cała reszta nie miała nawet tego, więc nieoczyszczone ścieki trafiały prosto do wody. Ponad 40 proc. wód uznawano za pozaklasowe. Za nużącymi statystykami kryją się dramaty w postaci wysokiej śmiertelności noworodków czy ówczesnej fatalnej kondycji mieszkańców Górnego Śląska.

Ekologia lokalnym zagrożeniem?

Jednocześnie trwa inny proces. Ekologia, jeśli tylko z bezpiecznego poziomu deklaracji schodzi na grunt praktyki, coraz częściej postrzegana jest jak zagrożenie dla interesów lokalnych społeczności czy nawet racji stanu. Od roku 1989 roku, kiedy ekolodzy, wówczas związani z opozycją demokratyczną, uważani byli za grupę niezbędną, dokonała się fundamentalna przemiana. Gładkie deklaracje nie powinny nas mylić: ekologia dla wielu Polaków jest tworem podejrzanym, agenturalnym niemalże, jest kłodą rzuconą pod nogi społeczeństwu maszerującemu w kierunku dobrobytu. Zawrotną popularnością cieszy się w polskich mediach sformułowanie „ekoterrorysta", przyklejane każdemu, kto próbuje protestować przeciwko budowie kolejnej drogi, wyciągu narciarskiego w dzikiej części gór czy nowej elektrowni węglowej. W Polsce ekologia kłóci się z potocznym rozumieniem sprawiedliwości społecznej, czego najlepszym dowodem jest batalia wokół gordyjskiego węzła gospodarki opartej na paliwach kopalnych. Sprawiedliwe jest dotowanie przez rząd potężnymi kwotami przemysłu wydobywczego i elektrowni konwencjonalnych. Sprawiedliwe są znaczące ulgi dla górników. Niesprawiedliwe, ba, szkodliwe są próby zmniejszania polskiej zależności od węgla. Symbolicznym miejscem, w którym widać wyraźne pęknięcie między tymi dwoma przestrzeniami jest położony na północnym wschodzie Małopolski Szczucin. W tym miasteczku przez blisko ćwierć wieku funkcjonowała największa w kraju fabryka materiałów zawierających azbest. Lokalna społeczność została dotknięta klęską epidemiologiczną. Ludzie masowo zapadali na złośliwy nowotwór płuc. Jeszcze w roku 1998 stężenie włókien azbestu w powietrzu przekraczało normy nawet 50-krotnie, a w samym zakładzie 1000-krotnie. Wysokie stężenie naukowcy znaleźli na boiskach szkolnych i rynku. W 2003 ryzyko, że szczucinianin umrze na międzybłoniaka, była 68-krotnie wyższe dla mężczyzn, a 32-krotnie wyższe dla kobiet niż w przeciętnej polskiej gminie. Dolna granica wieku zmarłych cały czas się obniżała: kobiety chore na nowotwory umierały średnio o dziesięć lat wcześniej niż w roku 1975. Opierając się na księgach parafialnych, ksiądz Sołtys sporządził statystykę, z której wynika, że między 1988 a 2004 rokiem około 10-20 proc. zgonów w Szczucinie było spowodowanych rakiem. Mieszkańcy częściej niż gdzie indziej umierali nie tylko na raka płuc, ale też nowotwory trzustki i jelit. Mimo to, kiedy w roku 1999 zakład likwidowano (powodem była przede wszystkim ekonomia), mieszkańcy protestowali. Ci, którzy walczyli o jak najszybsze zamknięcie fabryki, skarżyli się, że otrzymują pogróżki, a sąsiedzi i przyjaciele odwracają się od nich plecami. Groźbę nowotworu traktowano jak przypadek losowy. Utratę zarobków - jak cios, który uderzy w całą społeczność. Tak też się stało, bo razem z fabryką eternitu ze Szczucina zniknęły też inne zakłady. Mieszkańcy zostali na siłę uwolnieni od piekielnej fabryki, ale nie dostali żadnego wsparcia ekonomicznego, dlatego jedyną możliwą decyzję przyjęli z rozgoryczeniem. Musiała minąć ponad dekada, by miejscowość otrząsnęła się i zaczęła szukać innego sposobu na życie.

Nieufność Polaków, a przynajmniej znacznej ich części, do ekologii, widać na jeszcze innym przykładzie: od ponad 10 lat władzom, mimo bardzo intensywnych prób nie udało się powołać ani jednego nowego parku narodowego, opór lokalnych społeczności jest bowiem zbyt duży. Ekologia, jeśli widzieć ją tak, jak mieszkańcy terenów położonych przy parkach narodowych, kojarzy się wyłącznie z kosztownymi wyrzeczeniami i zakazami. Podobnie sądzą górnicy, drogowcy, rybacy, leśnicy... Wszyscy oni, a jakże, chcą chronić środowisko, pod warunkiem wszakże, że nie ucierpią na tym ich interesy. Ta zasada obowiązuje jak glob długi i szeroki: chcecie chronić lasy deszczowe w Brazylii – pytają politycy w Rio? Chrońcie, ale nie za brazylijskie pieniądze. Chcecie walczyć z nadmierną emisją dwutlenku węgla? Powodzenia, z tym zastrzeżeniem jednak, że węgiel nadal wydobywany będzie bez przeszkód. I tak dalej. Ochrona środowiska jest konieczna, ale jednocześnie w wielu, bardzo wielu miejscach okazuje się niemożliwa bez gwałtownego konfliktu. Że znalezienie kompromisu jest możliwe pokazuje świeży przykład z Krakowa, który plasuje się na 3 miejscu w rankingu unijnych miast o największym zanieczyszczeniu powietrza. Powietrze krakowskie w sezonie grzewczym można opiewać całymi godzinami, na skutek niekorzystnej geografii i kilkudziesięciu tysięcy pieców na węgiel w domach przypomina ono bowiem toksyczny koktajl. Mieszkańcy cierpią na alergie, astmę, częściej niż w innych rejonach kraju chorują na niektóre nowotwory. Ekolodzy wyliczyli, że statystyczny krakowianin wdycha w ciągu roku zanieczyszczenia równoznaczne z wypaleniem 2 tys. papierosów. Rok intensywnej pracy organizacji pozarządowych oraz urzędników z magistratu i urzędu marszałkowskiego doprowadził do zdarzenia precedensowego w tej części Europy: lokalne władze wprowadziły zakaz używania w gospodarstwach domowych paliw stałych, takich jak węgiel, ciężki olej opałowy czy drewno. Jak to możliwe? Dlaczego tak radykalny postulat udało się zrealizować? Zadecydował hojny program osłonowy, który powinien zapewnić najuboższym mieszkańcom bezbolesne przejście na inny rodzaj ogrzewania niż węglowe. Mimo że sytuacja w mieście jest katastrofalna, bez narzędzi ekonomicznych żaden z polityków nie podjąłby tak dużego ryzyka.

Nie ma globalnej zmiany trendu na horyzoncie

O ile na poziomie lokalnym znajdziemy tysiące rozwiązań jak to z Krakowa, perspektywa szersza, próba spojrzenia na Afrykę, Azję, Europę z góry, nie daje szczególnych powodów do optymizmu. Po latach zaciekłych dyskusji, spotkań, szczytów klimatycznych, wiążących mniej lub bardziej ustaleń nie udało się zmienić tego, co jest dla globalnej polityki ekologicznej kamieniem probierczym. Emisja dwutlenku węgla nadal rośnie. Nie zamierzam wchodzić w dywagacje, czy produkowane przez człowieka CO2 odpowiada za globalne ocieplenie i w jakim stopniu, rozważania te wydają się na tym etapie spóźnione i zupełnie niepotrzebne. Sceptycy klimatyczni powinni jednak pamiętać, że wskaźnik emisji można interpretować na różnych poziomach, wśród nich i takim, że rozpędzona światowa gospodarka ani na chwilę nie zamierza zwolnić, zajęta produkcją kolejnych dóbr materialnych. W sposób brutalnie szczery, łącząc Europę z Afryką, i wprowadzając przykre rozróżnienie między przekonaniami a zachowaniami, pisze o tym w swojej świetnej książce „Wojny klimatyczne" Harald Welzer: „Którykolwiek spośród klasycznych tematów ruchów ekologicznych byśmy wzięli – wykorzystanie ziemi pod zabudowę dróg i miast, zwiększanie ruchu samochodowego, ciągły i globalny wzrost emisji gazów cieplarnianych, zanieczyszczenia mórz, deformacje noworodków w szczególnie skażonych rejonach, jak na przykład wokół Jeziora Aralskiego – wszystko to, co na skutek globalizacji zwiększa już istniejące problemy, pozostaje daleko od świadomości potocznej. Nie czas tu ani miejsce, by wyliczać zgubne (niektóre jeżące włos na głowie) tendencje w obszarze ochrony środowiska, zwłaszcza w byłym bloku wschodnim, ale także na przykład w USA. Należy jednak wskazać, że choć rola ekologicznej awangardy, jaką przyjęły na siebie niektóre amerykańskie stany (Kalifornia) czy państwa europejskie (Niemcy i Austria), przyniosła lokalne sukcesy, to nie mogą one zmienić globalnej tendencji wzrostu zużycia zasobów i zanieczyszczenia środowiska. W ostatnich latach zmieniła się przede wszystkim świadomość problemu, ale nie sam problem.[1]

Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie pokojową zmianę tego trendu? I z drugiej strony: czy chcemy studzić rozgrzaną kulę ziemską metodami innymi niż pokojowe? Żeby sprawę postawić jeszcze ostrzej: czy stoimy po stronie mordercy Teda Kaczyńskiego, słynnego „Unabombera", którego przekonanie, że rozwój technologiczny jest największym zagrożeniem dla środowiska ergo ludzkości, pchnęło niegdyś w kierunku zamachów bombowych? Czy też wybieramy pokojową, ale w perspektywie globalnej nieskuteczną, jak wiele na to wskazuje, metodę małych, pokojowych zmian? Czy przypadkiem ceną krótkotrwałej sprawiedliwości społecznej nie będą długotrwałe katastrofy? Wybieram metodę drugą: nie pozostaje nam nic ponad upór, długotrwałe, nudne negocjacje, lekceważone przez specjalistów od makroobrazu rozwiązania lokalne, debaty z mieszkańcami Białowieży, urzędnikami z Ugandy czy właścicielami kopalń w Indonezji. Rolę Unabombera wzięła bowiem na siebie przyroda. W Europie wystarczy kilka następujących po sobie wyjątkowo suchych bądź mokrych lat w jednym rejonie Ziemi, by zrozumieć, jakie są konsekwencje rozhuśtanego przez ludzi klimatu. A jeśli nie wystarczy? Będzie to oznaczać, że nasze przywiązanie do obowiązującego obecnie modelu rozwoju ma charakter, ni mniej, ni więcej, zabójczy i nawet wyraźne znaki wysyłane przez przyrodę nie są w stanie niczego w tym względzie zmienić. Wówczas dywagacje o sprawiedliwości bądź jej braku stracą oczywiście jakikolwiek sens – natura pojęcia sprawiedliwości nie zna. Ona po prostu jest i coraz częściej wybucha z niszczącą siłą.

Przypis

[1] Harald Welzer: Klimakriege. Wofür im 21. Jahrhundert getötet wird. Frankfurt nad Menem, wydanie 4., 2014, s. 50.

O autorze

Michał Olszewski, publicysta i pisarz, w dziennikarstwie wyspecjalizował się w tematach ekologicznych i pisze dla wpływowych polskich gazetach m.in. o przemyśle węglowym oraz polityce klimatycznej.