Wojna i energia [PL/DE]

[ Deutsch ]

Michał Olszewski, Kraków

Artykuł okazał się najpierw po niemiecku w Polen-Analysen 20.05.2014.

Gazociąg w Syberii (kremlin.ru, Creative Commons)

Gazociąg w Syberii (kremlin.ru, Creative Commons)

Istnieją w stosunkach polsko–rosyjskich rytualne gesty, przypominające figury klasycznego tańca. Zaangażowanie Polski w sprawy Europy Wschodniej, poparcie dla Ukrainy czy krytyka autorytarnych rządów Władimira Putina, zawsze wywołują rezonans o identycznej częstotliwości: do gry wkraczają rosyjscy specjaliści, którzy wykazują, że polskie mięso może zagrażać zdrowiu rosyjskich konsumentów, w związku z czym konieczne jest wstrzymanie dostaw. Przy okazji konfliktu ukraińskiego blady strach padł nie tylko na polskich producentów mięsa, ale też sadowników. Z Moskwy popłynął bowiem wyraźny sygnał, że jabłka hodowane w podwarszawskich sadach mogą znaleźć się pod czujną kontrolą naukowców. Gdyby tak się stało, z pewnością dowiedzielibyśmy się, że polskie jabłka zawierają nadmierną ilość pestycydów, a ich konsumpcja grozi poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi dla Rosjan.

O ile jednak eksporterzy mięsa ryzyko rosyjskiego embarga mają wkalkulowane w swoją działalność, a sadownicy prawdopodobnie przetrwaliby bez wschodniego rynku zbytu, to istnieją narzędzia nacisku znacznie poważniejsze. Zależność Polski od rosyjskich surowców energetycznych jest znacznie większa niż się potocznie sądzi. To nie tylko słynny kurek z gazem, którego przykręceniem można grozić Warszawie i dużej części Europy. 65 proc. importowanego do Polski węgla pochodzi z Rosji – jest on znacznie tańszy niż krajowy surowiec. I dalej: ponad 90 proc. ropy naftowej pochodzi z rosyjskich rafinerii. O ile ewentualne przerwanie dostaw gazu nie sparaliżuje kraju z dnia na dzień (rezerwy tego surowca są dosyć wysokie), to radykalny, ale możliwy do wyobrażenia gest w postaci remontu czy awarii jednej z kilku rafinerii zaopatrujących rynek polski może wywołać paraliż. Polska, trzeba podkreślić, nie jest na unijnej mapie wyjatkiem: Komisja Europejska szacuje, że jeśli wzrost importu surowców energetycznych będzie rósł w takim tempie jak w ubieglych latach, w 2030 roku Unia będzie kupowała 40 proc. węgla, 80 proc. gazu i 90 proc. ropy naftowej. W przypadku Polski wskaźniki te już teraz wyglądają alarmująco, odpowiednio: 14, 75 i 100. O ile trudno oczekiwać, by kraj wyczarował ropę naftową, czy zasoby gazu, to już poziom importu węgla zadziwia. O nim wspomnęjednakpóźniej.

Nic więc dziwnego, że groźba wojny rosyjsko–ukraińskiej wywołała szybką reakcję polskiego premiera Donalda Tuska, który rozpoczął ofensywę dyplomatyczną, nawołując do utworzenia unii energetycznej. Na pozór trudno dyskutować z jej założeniami: miałaby wzmocnić siłę negocjacyjną krajów unijnych, w tej chwili do głębi podzielonych różnorodonymi interesami energetycznymi. Według Tuska najważniejszym zadaniem jest obecnie powołanie jednej instytucji, która będzie kupowała hurtowo gaz dla wszystkich 28 krajów UE. Skoro można wspólnie kupować uran, dlaczego nie można kupować gazu? Jeśli mamy do czynienia z monopolistą, bezwzględnie egzekwującym swoje zobowiązania, dlaczego nie przeciwstawić mu jednolitego frontu odbiorców? „Dzisiaj co najmniej 10 krajów członkowskich UE uzależnionych jest od jednego dostawcy – Gazpromu, który pokrywa ponad połowę ich zużycia. Niektóre są całkowicie uzależnione od rosyjskiego, kontrolowanego przez państwo, giganta gazowego" – napisał Tusk w „Financial Times" (https://next.ft.com/content/91508464-c661-11e3-ba0...). Premier Polski chce również zbudowania „mechanizmów solidarnościowych", które wspierałyby państwa zagrożone odcięciem dostaw tego surowca, oraz finansowania przez Unię najważniejszych inwestycji gazowych w krajach najmocniej uzależnionych od Gazpromu. Jednym z fundamentów unii byłoby też wykorzystanie zasobów paliw kopalnych UE, w tym węgla i gazu łupkowego.

Czas ewidentnie sprzyja tego typu działaniom: działania Moskwy jasno pokazują, że nie może być ona traktowana jako wiarygodny partner. Również liczby nie pozostawiają złudzeń co do tego, kto rozdaje karty na unijnym rynku energetycznym: w 2012 udział rosyjskiego gazu i ropy w unijnym imporcie wynosił 30 i 35 proc.Stąd też zapewne reakcja Angeli Merkel, która, początkowo wstrzemięźliwa wobec pomysłu scalenia unijnego rynku energetycznego, chciała dyskutować o szczegółach pomysłu. Zachęcająco wygląda też reakcja prezydenta Francois Hollande'a – polityk uznał, że unia energetyczna to „piękny projekt". Tusk rozmawiał również z szefem Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem, komisarzem do spraw energii Guntherem Oettingerem, premierami Włoch – Matteo Renzim i Hiszpanii – Mariano Rajoyem oraz Portugalii – Pedro Passosem Coelho.

Szczegóły przedsięwzięcia

Przede wszystkim w koncepcji Donalda Tuska zwraca uwagę wielce wymowny brak. W pewnym sensie unia energetyczna istnieje na kontynencie już od dawna, a na imię jej: polityka klimatyczna. Oparta jest na kilku filarach, w tym konieczności odejścia od paliw kopalnych i zwiększania roli odnawialnych źródeł energii, na temat których premier w swoim projekcie się nie zająknął. To pominięcie nie powinno zaskakiwać – nieufność polskiego premiera do OZE jest wręcz przysłowiowa i symboliczna dla całej polskiej klasy politycznej, przekonanej, że zielona energia jest sprytnie maskowanym, służącyw wyciąganiu pieniędzy od podatników oszustwem, które nie rozwiąże problemów energetycznych Polski, ani tym bardziej kontynentu. Z polskiej perspektywy eksperyment pod nazwą Energiewende nie może zakończyć się powodzeniem: dominuje przekonanie, że to kosztowna pomyłka, za którą Niemcom przyjdzie słono zapłacić. Premier Tusk wiele razy wyrażał swoją nieufność wobec OZE. Owszem, podkreślał, że zobowiązania wynikające z paktu klimatycznego Polska powinna wypełnić, ale tylko w stopniu minimalnym: przyszłością Polski nadal pozostanie węgiel, jako najtańsze, rodzime źródło energii, do tego atom i gaz – tak w największym skrócie można podsumować energetyczną politykę rządu. Tylko w latach 2011–2012 operatorzy systemów dystrybucyjnych odmówili przyłączenia do sieci źródeł OZE o łącznej mocy 5,6 GW. To tyle ile wynosi moc 9 dużych bloków energetycznych.

Mimo że polska gospodarka w coraz większym stopniu opiera się na węglu importowanym, a koszty energetyki węglowej są bardzo wysokie, odnawialna energia nadal traktowana jest w Polsce z nieufnością, jak myśl technologiczna, którą próbują sprzedać Niemcy. Dlatego też nadal podejmowane są działania pozorowane, które mają wypełnić unijne zalecenia, nie naruszając jednocześnie zdominowanej przez wielkie koncerny struktury rynku energetycznego. W myśl projektu ustawy o OZE prosument został co prawda zwolniony z obowiązku prowadzenia działalności gospodarczej, ale jednocześnie cena, za jaką może sprzedawać wyprodukowaną przez siebie energię do sieci, jest tak niska, że zniechęca ona do takiej działalności. Państwo chce utrzymać również wsparcie dla pesudo–ekologicznego współspalania (węgiel jest spalany jednocześnie z biomasą), tyle że będzie miało ono charakter jeszcze trudniejszy do zbadania niż dotychczas.

Losy wspomnianej powyżej ustawy o OZE to idealny wręcz symbol nieufności polskich polityków do nowych źródeł energii: prace nad ustawą ciągną się już kilka lat, kolejne projekty grzęzną w ustaleniach międzyresortowych, zmieniają się prawnicy odpowiedzialni za kształt dokumentu oczekiwanego przez branżę energetyczną. Ten stan zawieszenia jest korzystny dla branży węglowej oraz państwowych spółek energetycznych. Rząd broni się rękami i nogami przed rozwiązaniami, które dadzą więcej swobody producentom energii rozproszonej. Efekty? Zahamowanie rozwoju tej branży w kraju, brak decyzji, które umożliwiłyby rozwój najbardziej efektywnych farm morskich, nieufność do prosumentów, brak odpowiednich przepisów prawnych.

Z tego punktu widzenia propozycje Tuska wyglądają jak próba dyplomatycznej szarży, która ma przysłonić oczywiste braki na tyłach armii. Warto pamiętać, że między Polską a UE od lat toczy się zażarta walka dyplomatyczna. Rząd polski nie tylko stopuje politykę klimatyczną, ale też konsekwentnie opóźnia wdrażanie poszczególnych dyrektyw z pakietu energetyczno-klimatycznego. Z kolei Unia nauczyła sie już omijać polskie veto dotyczące redukcji emisji gazów cieplarnianych. Na łamach „Forbes" dr Marcin Stoczkiewicz, szef organizacji ClientEarth Poland, skupiającej prawników zajmujących się prawem ochrony środowiska zauważa: „Dobrym przykładem tej taktyki była rozgrywka w sprawie wycofania z rynku części uprawnień do emisji, aby podnieść ich zbyt niską cenę. Polski rząd robił, co mógł, by do tego nie dopuścić. Komisja jednak przeprowadziła proces decyzyjny w taki sposób, aby ominąć głosowania jednomyślne, wiedząc że polscy negocjatorzy nie mają szans na znalezienie szerszego poparcia" (30.04.2014, http://csr.forbes.pl/unia-energetyczna-nie-zastapi-polityki-klimatyczno-energetycznej,artykuly,175876,1,2.html).

Pomysł na unię energetyczną wygląda więc jak ucieczka do przodu. Z defensywy Donald Tusk przechodzi do roli aktywnej, wskazując kierunki rozwoju i plany na przyszłość. Fatalne błędy i pominięcia zostają przysłonięte nowymi propozycjami, które tak czy owak mają doprowadzić do rewizji unijnej polityki klimatycznej. W tle propozycji Tuska toczy się bowiem walka o cele klimatyczne UE do 2030. Polska wraz z krajami Wyszehradzkimi, Rumunią i Bułgarią przeciwstawiają się zobowiązaniu do 40 proc. redukcji emisji do 2030 r., o co zabiegają kraje zrzeszone w nieformalnej grupie green growth, w tym Niemcy, Włochy, Francja i Wielka Brytania.

Węgiel polski

Innym wątkiem, na który warto zwrócić uwagę, jest próba rehabilitacji węgla jako źródła energii. Jej polski kontekst jest szczególny. Z jednej bowiem strony, polski rząd jest zakładnikiem branży górniczej. Górnictwo węgla kamiennego zatrudnia w tej chwili ok. 100 tys. osób i, mimo trwających lata prób restrukturyzacji, przynosi nadal straty. Na przykopalnianych hałdach piętrzą się miliony ton niesprzedanego surowca. Odbiorcy chętniej zaopatrują się w węgiel syberyjski. Polski system emerytalno-rentowy obciążony jest szeregiem przywilejów górniczych. W ciągu minionego ćwierćwiecza państwo i podatnicy wspierali górnictwo na bardzo różne sposoby. Pieniądze szły nie tylko na konieczną restrukturyzację (na początku lat 90. kopalnie zatrudniały około 400 tys. osób, zamykanie nierentownych zakładów czy niemałe odprawy. Maciej Bukowski i Aleksander Śniegocki – autorzy opublikowanego niedawno opracowania „Analiza wsparcia gospodarczego dla energetyki węglowej oraz górnictwa w Polsce" zwracają uwagę, że instytucje państwowe umarzały lub odraczały spłaty potężnych zobowiązań: podatków, należnych składek ZUS, opłat za szkody górnicze. Ekonomiści wyliczyli, że w latach 1990 i 2003 łączne dotacje dla górnictwa osiągnęły 2 proc. PKB, czyli pięciokrotnie więcej niż ówczesne wydatki na naukę i innowacyjność. Oczywiście te dwa momenty były radykalną konsekwencją czytelnej polityki społecznej, traktującej sektor węglowy jako jeden z przedmiotów szczególnej troski państwa. Spieranie się, czy była ona sensowna, nie ma już dzisiaj większego znaczenia, jej apogeum mamy za sobą. Mimo to państwo polskie nadal nie potrafi zmienić wyjątkowego systemu górniczych rent i emerytur. Wedle oficjalnych szacunków każda wpłacona przez górnika do ZUS złotówka zwiększa zobowiązania wobec niego o 1,5–1,8 złotego (w zależności od rodzaju wykonywanej pracy), zamiast przekładać się na 1 złotego, tak jak w systemie powszechnym. Jeśli jednak wyliczenia Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych są prawidłowe, to dane te są znacznie zaniżone: warszawscy ekonomiści szacują, że w 2013 r. pokrywana przez państwo różnica nie wynosiła 80 groszy, lecz 152 grosze. Wpływ na to ma długość pobierania świadczeń (w przypadku górników statystycznie o dziewięć lat dłuższa niż w systemie powszechnym) oraz niski wiek emerytalny (48 lat). Wzrost płac i wydłużająca się długość życia sprawiają więc, że problem zamiast maleć, rośnie. O skali zjawiska mówią następujące szacunki: w latach 1990–2012 dotacje i subwencje dla sektora górniczego wyniosły łącznie 136 mld złotych. Do tego należy dodać, opłacane głównie w rachunkach za energię, wsparcie dla energetyki węglowej, które w latach 2005–2012 zamknęło się w kwocie około 42 mld złotych.

Jakakolwiek próba poruszenia tej struktury grozi wybuchem społecznych niepokojów na Górnym Śląsku. Z tej perspektywy propozycje Tuska, który chce, niesprecyzowanych w swojej koncepcji, ułatwień dla branży węglowej, wydaje się zrozumiała. Jest jednak i druga strona medalu: według raportu Najwyższej Izby Kontroli polskie złoża węgla kamiennego wystarczą do, mniej więcej, 2035 r. Rabunkowa gospodarka i najtańsze metody wydobycia doprowadziły według kontrolerów do bezpowrotnej utraty części złóż. To bardzo mocna teza. Krytykują ją szefowie spółek węglowych. Nawet jednak jeśli NIK dmucha na zimne, warto wziąć te ostrzeżenia pod uwagę – w tej chwili Polska jest importerem węgla netto. Ta zależność będzie rosła. Mimo to w Polsce planowane sa kolejne bloki węglowe. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów sporządziła w ubiegłym roku raport pokazujący, jak będzie wyglądał polski miks energetyczny do roku 2060. Dziwnym zbiegiem okoliczności po wielu analizach wyszło dokładnie to, co zgadza się z konsekwentnie relizowaną wizją premiera Tuska: węgiel był, jest i będzie najtańszy, na nim zbudujemy stabilność energetyczną. Pierwsza wersja raportu zawierała co prawda kardynalne błędy – brakowało choćby wzmianki o produkcji energii ze źródeł rozproszonych czy kosztach zewnętrznych gospodarki węglowej – z czego wnosić można było, że autorom raportu bardzo zależało na zbudowaniu wizji bez jakiejkolwiek alternatywy. I nic dziwnego, im bardziej czarny będzie bowiem ten obraz, tym łatwiej przekonać społeczeństwo do budowy kolejnych elektrowni węglowych, a Unię Europejską do wyłączenia Polski z zasad wspólnej polityki klimatycznej.

Konflikt na Ukrainie przyszedł w pewien sposób w sukurs poszukującemu wyjścia z energetyczno–społecznego klinczu Donaldowi Tuskowi. Propozycja, by węgiel wrócił do łask, ma bowiem kilka wymiarów: po pierwsze, pokazuje górnikom, że rząd jest zainteresowany ich problemami. Po drugie, otwiera pole do dyskusji o tym, czego tak naprawdę polskie elity nigdy nie zaakceptowały, groźba wojny i wstrzymania dostaw surowców z kluczowego na Unii kierunku wschodniego daje bowiem możliwość, by podważyć fundamenty unijnej polityki klimatycznej. Cóż bowiem może kryć się za ogólnikowym stwierdzeniem o „większym wykorzystaniu węgla"? Jeśli przełożyć to na język konkretów, otrzymamy żądania subsydiów, derogacji, a być może również przekreślenia systemu aukcyjnego. Mimo wysiłków podejmowanych przez unijnych dyplomatów, globalna emisja dwutlenku węgla rośnie. Duża część największych gospodarek świata nie przejmuje się protokołem z Kioto ani koniecznością redukcji emisji. Donald Tusk jest wyrazicielem tej części opinii publicznej (nie tylko polskiej, dodajmy) która uważa, że unijna polityka ekologiczna jest zbyt restrykcyjna i należy jak najszybciej ją rozluźnić. Perspektywa wojny daje do tego doskonały pretekst. „Jeśli ktoś chce mieć ambitniejsze cele redukcyjne, chce emitować mniej dwutlenku węgla, to my nie będziemy go zatrzymywać w tych pomysłach" – powiedział niedawno premier Polski. Słowa te bardzo współgrają z koncepcją unii energetycznej, przynajmniej widzianą z Warszawy.

Nieco inaczej przedstawia się eksploatacja gazu łupkowego, o której wspomina polski premier. O ile w przypadku węgla możemy mówić o próbie rehabilitacji, to upominanie się o gaz łupkowy obliczone jest na bliżej nieokreśloną przyszłość. Owszem, po zaciętej batalii, w której Polska brała znaczący udział, Komisja Europejska nie wprowadziła restrykcyjnych zasad eksploatacji tego surowca. Z drugiej jednak strony, po euforii sprzed kilku lat, kiedy to Polacy uwierzyli, że lada chwila nad Wisłą rozpocznie się eksploatacja gazu na masową skalę, a dostawy z Rosji przestaną być potrzebne, nie pozostał nawet ślad. Okazało się, że złoża nie są tak bogate, jak pierwotnie przypuszczali naukowcy, a ich głębokość czyni proces wydobycia kilkukrotnie droższym niż w USA. Inaczej mówiąc: w najbliższych latach gaz łupkowy nie rozwiąże prawdopodobnie problemów energetycznych ani polski, ani żadnego innego kraju w Europie, co nie zwalnia nas oczywiście z konieczności poszukiwania ram prawnych i społecznych dla ewentualnego wydobycia. Wizja łupkowego Eldorado nie powinna jednak przysłaniać również potężnych kłopotów, które w sposób nieunikniony wiążą się z tym źródłem energii. Protestujący od ponad roku w miejscowości Żurawlów rolnicy są tego dobitnym przykładem: eksploatacja, co przyznają nawet jej najwięksi zwolennicy, niszczy krajobraz i utrudnia produkcję rolną. Polska, z zaludnieniem 3 krotnie wyższym niż Stany Zjednoczone będzie więc raczej w tym wypadku polem konfliktów pomiędzy tymi, którzy chcą wiercić, a tymi, którzy chcą siać. Pierwszym europejskim krajem, w którym gaz łupkowy popłynie do sieci przesyłowej będzie Wielka Brytania. Nawet jednak tam, przemysłowe wydobycie surowca ruszy najwcześniej za rok.

Wspólny rynek gazu

Osobną kwestią, której dyplomaci póki co nie poruszają, mogą być bardzo niewygodne konsekwencje rzeczywistej unii energetycznej. Póki co, etyka bierze górę nad pragmatyką, ale nie powinno to nikogo mylić, tym bardziej, że ów gest nie należy do zbyt kosztownych. Gładkie deklaracje europejskich przywódców nie zmienią faktu, że każdy z krajów prowadzi w tej chwili odmienną politykę energetyczną, gwarantowaną m.in. traktatem lizbońskim. Co więcej, poszczególne kraje unijne prowadzą z Rosją bardzo odmienne interesy i trudno przypuszczać, że w imię interesów Polski będą skłonne z nich zrezygnować. Francja, która uznała pomysł unii energetycznej za „swój", jest ściśle związana z Moskwą potężnymi interesami obronno–energetycznymi i trudno przypuszczać, by rzeczywiście chciała umierać za polskie ciepło w kaloryferach. Węgry w trakcie konfliktu na Krymie zdecydowanie opowiedziały się po stronie Moskwy, a rewers gazu na Ukrainę ograniczyły do minimum, po to, żeby nie drażnić wschodniego partnera. Podobny gest wykonała Słowacja . Przeciwko zamrożeniu projektu South Stream zdecydowanie opowiadają się kraje południowego pasa UE: od Bułgarii po Włochy. Trudno też przypuszczać, by Angela Merkel nie brała pod uwagę głosu Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki, która zrzesza 180 firm inwestujących w Rosji czy Kazachstanie: w czasie, gdy Rosja zajmowała Krym, jej przedstawiciele zdecydowanie przeciwstawili się próbom nacisku na wschodniego partnera. Trudno zaś oczekiwać, by ewentualna unia energetyczna została odebrana w Moskwie inaczej niż uderzenie w jej żywotne interesy. Jeśli więc dojdzie do bardziej zaawansowanych rozmów pomiędzy poszczególnymi krajami Unii, trzeba liczyć się z tym, że z Rosji popłyną wyraźne sygnały niezadowolenia. I tym razem nie będzie już chodziło o polskie jabłka czy świnie, tylko o francuskie okręty bojowe, prawo do eksploatacji złóż w Arktyce, interesy w Kazachstanie. Może się też okazać, że Rosja, przynajmniej w sferze energetycznej, zacznie prowadzić aktywniejszą politykę cenową, schodząc z marży dla poszczególnych krajów i rozwadniając tym samym zainteresowanie unijnych graczy wspólnym rynkiem.

Na przeszkodzie w realizacji planu może stanąć też coś, co Grzegorz Onichimowski, prezes WSE InfoEngine SA, nazwał celnie „filozofią zakupów energii". Na portalu defence.24 Onichimowski porównał dwa biegunowo odmienne systemy opłat za energię, w Polsce i Niemczech. W Polsce najwyższe stawki za energię płacą odbiorcy przemysłowi, w Niemczech, które wychodzą z założenia, że lepiej, by przeciętny obywatel miał pracę, nawet za cenę wyższych rachunków, przemysł płaci stawkę najniższą. Te różnice mogą utrudnić poszukiwanie wspólnego mianownika dla 28 krajów UE. Sam pomysł wspólnego rynku gazu tonie na razie we mgle. Można domyślać się jedynie, że premierowi Tuskowi nie chodzi o to, by poszczególne kraje zrzucały się na wspólne zakupy, a następnie rozdzielały błękitne paliwo. To raczej pomysł na zbudowanie hubów gazowych, gdzie odbywa się hurtowy obrót towarem, na połączenia transgranicze oraz budowę nowych terminali. Brzmi to mało kontrowersyjnie, może się jednak okazać, że gdy z poziomu bezpiecznych ogólników dyplomaci zejdą do konkretów, protokół rozbieżności okaże się zbyt szeroki, a Polska w swych wysiłkach zostanie osamotniona.

Ryzyko porażki Unii Energetycznej

Ryzyko porażki unii energetycznej jest więc spore. Co stanie się, jeśli jej pomysłodawca nie będzie w stanie przeforsować swoich koncepcji? Na taki obrót rzeczy Polska stara się być przygotowana. Przy wszystkich zastrzeżeniach do polityki energetycznej kraju, często nielogicznej, chybionej, jedno trzeba przyznać: politycy polscy wyciągnęli lekcję z kryzysu gazowego, jaki miał miejsce w styczniu 2009, kiedy to spór między Rosją a Ukrainą doprowadził do zakręcenia gazowego kurka i kryzysu w krajach Europy Środkowej. Od tamtego czasu energetyka polska jest znacznie lepiej przygotowana na tego typu sytuacje kryzysowe: powstały magazyny, których łączna objętość wystarcza na zapewnienie ciągłości dostaw dla przemysłu i ludności przez ok. 2 miesiące. W tym roku do użytku oddany zostanie gazoport w Świnoujściu, dzięki któremu Polska będzie mogła przyjmować dostawy gazu skroplonego z Kataru. Co ciekawe, to jedyny fragment polskiej polityki energetycznej, który nie jest przedmiotem sporu z Unią Europejską. Nie zmienia to faktu, że, rozumiejąc obawę przed narzędziem w postaci gazowego kurka, którym co i rusz grozi wielki sąsiad, trzeba zadać pytanie niewygodne, które podczas spotkań Tuska z głowami poszczególnych krajów raczej nie padło: co zrobiła w ostatnich latach Polska, by zmniejszyć swoją zależność od importowanych z Rosji surowców? Odpowiedź brzmi następująco: owszem, dużo, ale znacznie mniej niż mogła. Blokując rozwój odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej niejako na własne życzenie utrzymuje głęboką zależność od surowców wydobywanych w Rosji. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie nic w tym względzie nie zmieniły. Wiatr, biomasa i słońce są nadal tak samo podejrzane jak błękitne paliwo płynące rurociągami ze wschodu.

O autorze

Michał Olszewski, publicysta i pisarz, w dziennikarstwie wyspecjalizował się w tematach ekologicznych i pisze dla wpływowych polskich gazetach m.in. o przemyśle węglowym oraz polityce klimatycznej.