Problem zależności energetycznej w debacie polskiej [PL/DE]

[ Deutsch ]

Problem zależności energetycznej w debacie polskiej

Kwestia zależności energetycznej ma decydujący wpływ na bezpieczeństwo dostaw paliw i energii. Bezpieczeństwo dostaw jest też określane mianem „bezpieczeństwa energetycznego". Polska polityka definiuje je jako pewne, bezpieczne dostarczanie energii o akceptowalnej cenie, przy jednoczesnym uwzględnianiu optymalnego wykorzystania lokalnych nośników energii oraz różnicowania źródeł i sposobów dostawy energii. Zbyt duża zależność energetyczna powinna być przy tym zmniejszana poprzez zróżnicowanie szlaków tranzytowych.

Poniższy tekst ma być wprowadzeniem w temat zależności energetycznej oraz związanej z nią debatą prowadzoną w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu. Okazuje się, że aspekty polityki zagranicznej miały do tej pory znaczący wpływ na polską politykę energetyczną.

Gazociąg w Syberii (www.kremlin.ru, Creative Commons 4.0)

Gazociąg w Syberii (www.kremlin.ru, Creative Commons 4.0)

Sytuacja wyjściowa

Polskie zużycie energii bazuje niezmiennie na własnym węglu brunatnym i kamiennym, przy czym znaczenie importu tego ostatniego wzrasta. W roku 2012 węgiel pokrywał 56 procent pierwotnego zapotrzebowania oraz 90 procent zapotrzebowania związanego z produkcją energii elektrycznej. Niestety węgiel nie jest w stanie zastąpić innych źródeł energii, takich jak ropa naftowa albo gaz ziemny, w transporcie czy przemyśle chemicznym. Mimo iż Polska wykorzystuje własne złoża gazu i ropy znajdujące się na Pogórzu Karpackim i innych regionach, nie jest w stanie samodzielnie i w pełni pokryć swojego zapotrzebowania na nie. Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA – International Energy Agency) zależność Polski od importu surowców energetycznych w ciągu ostatnich 25 lat wahała się w granicach 95-99 procent w przypadku ropy naftowej i 60-70 procent w przypadku gazu ziemnego.

Polska struktura energetyczna z wysokim udziałem własnych paliw stałych oraz dużym uzależnieniem od importu ropy i gazu jest właściwie podobna do rozwiązań innych krajów środkowoeuropejskich, takich jak Bułgaria, Estonia czy Czechy. Tak samo jak te kraje, Polska gospodarka energetyczna w dużym stopniu opiera się na imporcie ropy i gazu z Rosji. Prawie całkowita zależność w zakresie importu ropy nie jest jednak tak problematyczna, ponieważ jest ona dzisiaj w znacznej mierze dostępna na rynku spot, a infrastruktura transportowa jest bardzo dobrze rozbudowana. Inaczej jest w przypadku gazu. Tutaj ciągle jeszcze dominują długoterminowe umowy według zasady take or pay. Również transport jest w tym wypadku o wiele bardziej problematyczny i z reguły zależny od gazociągów, dlatego nie można mówić o istnieniu światowego rynku gazu. Na znaczeniu zyskuje jednak dostępny na wolnym rynku i przewożony specjalnymi tankowcami gaz płynny, który może zasadniczo zmienić funkcjonowanie rynku gazowego. Do tej pory mimo wszystko dalej dominują zależne od umów importy z Rosji, które od roku 2000 oscylują w przedziale 60-90 procent. Chociaż ilość gazu importowanego z Rosji zmalała w latach 2004-2008, to nie zmniejszyło to zależności energetycznej. Zwiększone dostawy gazu z Azji Środkowej, ciągle płyną do Polski rosyjskimi rurociągami. Zmiana tej sytuacji wiązałaby się z bardzo wysokimi kosztami inwestycyjnymi. Cały sektor energetyczny jest zasadniczo związany z wysokimi inwestycjami i przez to ze stosunkowo długimi cyklami inwestycyjnymi. Dotyczy to zwłaszcza rurociągów, których koszty budowy zwracają się dopiero po latach. Z ekonomicznego punktu widzenia sensowne jest zatem wieloletnie użytkowanie już istniejącej infrastruktury. Jednocześnie taka uboga struktura importu dostarcza zagadnieniu zaopatrzenia w energię aspektów politycznych, wykraczających poza tylko ekonomiczny punkt widzenia.

Debata polityczna

Debata na temat bezpieczeństwa energetycznego w Polsce rozwija się w kontekście wyżej wymienionych aspektów. W odróżnieniu od innych krajów, temat ten już od ponad dziesięciu lat jest jedną z najważniejszych kwestii politycznych. Zmieniające się rządy podkreślają niebezpieczeństwo zbyt wysokiej zależności w zakresie zaopatrzenia w energię. Co ciekawe, stanowiska poszczególnych partii zbytnio się od siebie nie różnią i dotyczą przede wszystkim kwestii, jak dalece Unia Europejska (UE) powinna być uwzględniona w działaniach mających na celu zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego Polski. Jeśli wziąć pod uwagę silną polaryzację polskiej sceny politycznej, ta powszechna zgodność w sprawie energii jest dość zaskakująca. Powodem tego jest zapewne wyraźny wzrost cen ropy po roku 2000 i związany z nim agresywny powrót Rosji jako rzekomego mocarstwa.

Wydarzenia lat 2005-2006 w znaczącym stopniu zmieniły polską politykę energetyczną. Po pierwsze, rosyjsko-ukraiński kryzys gazowy na przełomie 2005 i 2006 roku pokazał, że Rosja rzeczywiście jest skłonna do wykorzystania swojej pozycji, jako najważniejszego dostawcy gazu w Europie Środkowo-Wschodniej. Mimo iż podobne kryzysy występowały w obrębie Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP) już wielokrotnie, ten właśnie konflikt w połączeniu z Pomarańczową Rewolucją sprawił, że problem stał się o wiele wyraźniejszy.

Po drugie, kryzys ten przypadł na moment przejęcia władzy w Polsce w listopadzie 2005 przez Prawo i Sprawiedliwość (PiS), które po wydarzeniach na Ukrainie skupiło dużą uwagę na kwestii zależności energetycznej Polski. Wcześniejsze rządy zajmowały się tym tematem raczej ogólnie. Nowy rząd postulował m.in. wspólną politykę energetyczną państw UE pod jedną marką „Energia-NATO". Postulat ten został przedstawiony na początku 2006 roku w formie 11-stronicowego dokumentu, który przewidywał pozamilitarne zobowiązania w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego któregoś z państw członkowskich. Tego typu postulaty spotkały się jednak z małym poparciem innych państw, ponieważ z ich punktu widzenia polepszanie bezpieczeństwa energetycznego wiązałyby się ze zwiększeniem współpracy, ale przy jednoczesnym udziale Rosji. Oprócz tego ówczesny rząd pod przewodnictwem Kazimierza Marcinkiewicza podjął decyzję o budowie terminalu gazu płynnego w Świnoujściu. W ten sposób, poprzez zróżnicowanie sposobów zaopatrzenia, miała zostać zmniejszona zależność energetyczna Polski.

Po trzecie, latem 2005 roku zachodnioeuropejskie oraz rosyjskie koncerny energetyczne podpisały porozumienie o budowie gazociągu północnego, który miał bezpośrednio połączyć rosyjskiego dostawcę Gazprom z jego zachodnioeuropejskimi odbiorcami. Z polskiego punktu widzenia była to umowa nie do zaakceptowania, ponieważ znacznie pomniejszała ona znaczenie Polski i innych krajów tego regionu jako krajów tranzytowych. Do tego czasu jedynymi rurociągami, które zaopatrywały Europę w gaz był Gazociąg Jamał-Europa, oddany do użytku w 1999 roku, oraz Gazociąg Tranzytowy, funkcjonujący już od roku 1973. Tranzytowy charakter tych infrastruktur wyraźnie pokazuje przykład biegnącego przez Białoruś i Polskę Gazociągu Jamalskiego: z 35 miliardów metrów sześciennych gazu, transportowanego rocznie rurociągiem, tylko 2,9 miliona trafia do Polski. Status kraju tranzytowego był właściwie decydującym argumentem dla wyrównania zależności importowej.

Tym samym planowana wcześniej budowa drugiej nitki Gazociągu Jamał-Europa przez Morze Bałtyckie stała się nieaktualna. Dlatego porozumienie o Gazociągu Północnym, przebiegającym bezpośrednio z Rosji do Niemiec, obudziło w Polsce wiele obaw związanych z lekceważeniem przez kraje zachodnioeuropejskie ewentualnych problemów Polski z Rosją w kwestii gazowej.

Aby pogodzić własne interesy geopolityczne z uzasadnionymi interesami krajów zachodnioeuropejskich, jako odbiorców gazu, polski rząd wraz z państwami bałtyckimi zaproponował inną tańszą alternatywę, tzw. Gazociąg Amber. Miałby on transportować gaz przez Bałtyk i Polskę do Niemiec [1]. Pomysł ten jednak nie spotkał się z poparciem ani rosyjskich, ani zachodnich przedstawicieli. Jednym z głównych powodów tej decyzji była prawdopodobnie chęć uniezależnienia się pomysłodawców Gazociągu Północnego od krajów tranzytowych.

Tymczasem specjaliści nawiązując do „żelaznej kurtyny" ostrzegali przez nową, „gazową kurtyną" [2]. Tego typu wypowiedzi podkreślały znaczenie Gazociągu Północnego, którego budowa mogła doprowadzić do spięć między starymi i nowymi krajami członkowskimi UE. Medialnym szczytowym punktem sporu stał się komentarz ówczesnego polskiego ministra obrony Radosława Sikorskiego na temat porozumienia o Gazociągu Północnym pomiędzy Gerhardem Schröderem i Wladimirem Putinem, określający akt jako kolejny Pakt Ribbentrop-Mołotow. Jak wiadomo pakt ten doprowadził do drugiej wojny światowej i „czwartego rozbioru Polski".

Inny rząd – podobne wnioski

Reakcje z lat 2005-2006 powtórzyły się w dość podobny sposób kilka lat później, kiedy to władzę w Polsce sprawowała koalicja pod przewodnictwem Platformy Obywatelskiej (PO). Bodźcem wyzwalającym był kolejny konflikt rosyjsko-ukraiński. Po tym jak w 2009 roku doszło do przerwania dostaw gazu, które dotknęło przede wszystkim kraje Europy Środkowej i Wschodniej, w Polsce rozgorzała nowa dyskusja. W listopadzie tego samego roku polski rząd wydał dokument strategiczny „ Polityka energetyczna Polski do 2030 roku". Centralne miejsce zajęły tu tematy bezpieczeństwa energetycznego oraz zróżnicowania sposobów zaopatrzenia. Dużo uwagi poświęcono również pomysłowi budowy polskiej elektrowni jądrowej.

Wówczas równie mocno dyskutowany przez opinię publiczną był jeszcze inny temat. Duże złoża gazu łupkowego, które spodziewano się znaleźć na terenach północnej i wschodniej Polski, miały uczynić z niej „ drugą Norwegię" i zapewnić jej energię na następne dziesięciolecia. Podobnie jak propozycja utworzenia „Energii-NATO" z 2006 roku, za rządów PO pojawił się pomysł „Unii Energetycznej". Został on zaproponowany przez premiera Donalda Tuska w 2014 roku jako reakcja na aneksję Krymu. Owa „Unia Energetyczna" miałaby opierać się na sześciu filarach: rozbudowaniu infrastruktury, mechanizmie solidarnościowym, wspólnych negocjacjach z dostawcami, rozwijaniu własnych źródeł energii, zróżnicowaniu dostaw ropy i gazu oraz wzmocnieniu wspólnoty energetycznej. W centrum propozycji stały solidarność i jednogłośne wystąpienie przeciwko Rosji, jako głównemu dostawcy.

Ostatecznie do politycznego wzburzenia doprowadził kolejny projekt gazociągowy: plany rozszerzenia Gazociągu Północnego przewidujące budowę trzeciej i czwartej nitki do 2019 roku i tym samym długotrwałe zagwarantowanie dostaw gazu ziemnego do Europy Zachodniej. Na pierwszym miejscu plasują się tu głównie interesy dużych zachodnioeuropejskich koncernów energetycznych, takich jak E.ON, BASF-Wintershall, Shell, OMV, Engie a także interesy Gazpromu, będące w sprzeczności z polską racją stanu a także innych krajów wschodnioeuropejskich, zwłaszcza Ukrainy. Pozycja tych krajów jako krajów tranzytowych byłaby dalej osłabiana. W tej sytuacji kwestie geostrategiczne odgrywają większą rolę niż możliwe straty finansowe.

Propozycje obecnego rządu

W kontekście wyżej wymienionych problemów nie dziwi zatem fakt, że aktualny rząd PiS powraca do pomysłów dyskutowanych już dziesięć lat temu. Dotyczy to m.in. pomysłu budowy rurociągu naftowego prowadzącego z ukraińskiego portu nad Morzem Czarnym w Odessie przez polską rafinerię w Płocku aż do Gdańska. Za tym projektem opowiadał się już od 2005 roku ówczesny prezydent Lech Kaczyński. Jego celem było transportowanie ropy z Kazachstanu i Azerbejdżanu poprzez Gruzję, Morze Czarne aż do polskich rafinerii w Płocku i Gdańsku. Propozycja ta spotkała się jednak z dość małym zainteresowaniem krajów eksportujących. Kazachstan nie był zainteresowany projektem, który nota bene miał antyrosyjski charakter i był dość ryzykowny pod względem ekonomicznym. Azerbejdżan natomiast znalazł inne ujście dla swojej ropy po uruchomieniu rurociągu Baku-Tbilisi-Ceyhan.

Szeroko dyskutowany jest obecnie również pomysł rurociągu do Danii, którym miałby być transportowany norweski gaz ziemny. Projekt ten, pod nazwą „ Rurociągu Bałtyckiego", został zaproponowany jeszcze za rządu premiera Jerzego Buzka. Już we wrześniu 2001 podpisane zostało porozumienie z Norwegią, które przewidywało dostawy od roku 2008. Gaz miał być transportowany albo bezpośrednio podwodnym rurociągiem pomiędzy Norwegią i Polską, albo pośrednio przez system skandynawski do Danii i stamtąd rurociągiem biegnącym po dnie Bałtyku do Polski. Umowa ta została jednak rozwiązana w 2003 roku przez rząd Leszka Millera [3]. Tym samym plan zróżnicowania źródeł energii został dodatkowo opóźniony.

Obecne dyskusje na temat bezpieczeństwa energetycznego pokazują, że po ponad dziesięciu latach debat nad najróżniejszymi projektami, polska polityka energetyczna znajduje się jeszcze w powijakach, czyli nie tam, gdzie decydenci chcieliby ją widzieć. Uruchomienie terminalu w Świnoujściu w połowie 2016 roku z pewnością zmieni zarówno sytuację zaopatrzenia, jak i związaną z nim debatę. Możliwe, że gdy już położony zostanie ten ważny kamień milowy na drodze do różnicowania źródeł polskiej energii, istotniejszą rolę zaczną odgrywać z kolei ekonomiczne aspekty bezpieczeństwa energetycznego.

Przypisy:

[1] Żurawski, Przemysław (2008): Polityka Unii Europejskiej wobec Rosji a interesy Polski 1991-2004. Warszawa, s. 517.

[2] Młynarski, Tomasz (2011): Bezpieczeństwo energetyczne w pierwszej dekadzie XXI wieku. Mozaika interesów i geostrategii. Kraków, s. 139.

[3] Gryz, Jarosław (2010): Rosyjska polityka energetyczna a bezpieczeństwo Polski. In: Piotr Mickiewicz und Patrycja Sokołowska (Hg.): Bezpieczeństwo energetyczne Europy środkowej. Toruń: Adam Marszałek, s. 149-150.